Wraz z utratą zielonej świeżości akord tytoniowy staje się cieplejszy, bardziej aksamitny i wybitnie zmysłowy. Na pierwszy plan wysuwa się rozgrzana słońcem trawa, dyskretna miodowość, suszone owoce oraz szlachetne drewno. I dokładnie ten etap najczęściej kojarzony jest z tradycyjnym aromatem tytoniowego suszu.
Co więcej, perfumiarze potrafią dodatkowo podkręcić wybrane niuanse. Siano wzmacnia suchość, tonka dodaje miękkości, skóra wprowadza szorstką fakturę, a żywice przesuwają kompozycję w balsamiczną stronę. W efekcie zamiast skojarzenia z palarnią cygar pojawia się obraz drewnianej szkatułki wypełnionej kruchym, aromatycznym suszem z odrobiną nektarowej słodyczy (The Fragrance Saphirre Passion).
A co z wanilią? Jak się okazuje, tytoń może bez niej żyć
Tytoń i wanilia to jeden z najbardziej ogranych duetów w perfumiarstwie. Do tego trochę rumu, odrobina cynamonu, czasem śliwki i mamy gotowy przepis na rozgrzewający zapach (Tomavicci Siren’s Veil). I oczywiście, to połączenie zazwyczaj wypada szalenie piękne. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy zapominamy, że tytoń ma znacznie więcej do zaoferowania.
W niszy szczególnie ciekawie wypada w towarzystwie cedru, wetywerii, pieprzu czy szafranu. Takie nuty odbierają mu likierową otoczkę i przesuwają woń w stronę matowej, korzennej i bardziej surowej elegancji. Wówczas zamiast deserowego cygara dostajemy coś w rodzaju starego drewna, przypraw i wyprawionej skóry. Zapach nadal jest ciepły, lecz znacznie bardziej zdystansowany.
Gdy zostaje już tylko dym i popiół
Natomiast najciemniejsza odsłona tytoniu zaczyna się właściwie tam, gdzie sam tytoń powoli znika. Na pierwszy plan wychodzą dym, smoła, zwęglona kora, czasem mirra. Słodycz zostaje mocno przygaszona, a kompozycja staje się ciemna i niemal bezwzględna. Co więcej, wcale nie musi pachnieć popielniczką! (Kajal Fiddah)
Dobrze zbudowany akord popiołu może przypominać chłodne drewno chwilę po wygaśnięciu kominka, smugę dymu, która została na płaszczu po wieczorze przy ognisku, albo czarny pył osiadający na kadzidle. Jest to bardzo ciekawy moment, ponieważ aromat przestaje opowiadać o samym liściu, lecz o tym co po nim zostało.
Być może właśnie na tym polega największa siła tytoniu w perfumiarstwie niszowym: zamiast narzucać kompozycji jeden konkretny charakter, potrafi całkowicie podporządkować się wizji twórcy. Raz buduje głębię, innym razem dodaje wytrawności, podkreśla zmysłowość albo staje się jedynie cieniem ukrytym gdzieś w bazie.
Dlatego obecność tytoniu w piramidzie zapachowej warto traktować bardziej jako zapowiedź pewnego klimatu niż dosłowną obietnicę aromatu cygara. W rękach dobrego nosa staje się materiałem niezwykle plastycznym, zdolnym nadać perfumom elegancję, napięcie i charakter bez konieczności dominowania całego zapachu.